Historia Sportu TV prezentuje drugi odcinek cyklu „Największe oszustwa w historii sportu”.

Samochodem po złoto

W listopadzie 1904 roku, po 146 dniach zamknięto Letnie Igrzyska Olimpijskie w Saint Louis. Olimpiada ta przeszła do historii z wielu powodów. Ogarnięte politycznymi napięciami państwa Europy nie były zainteresowane i tak odległymi zmaganiami toteż na kontynencie amerykańskim zameldowało się tylko 13 krajowych reprezentacji.  Kolejnym „niezwykłym” wydarzeniem tamtych igrzysk była całkowita dominacja zawodników gospodarzy. Jankesi zdobyli w sumie 231 medali! Drugie w klasyfikacji – Cesarstwo Niemieckie – mogło cieszyć się tylko 15 krążkami. Różnica była miażdżąca!

W Saint Louis kibice byli świadkami pierwszego ogromnego oszustwa na tego imprezie tej rangi. Niejaki Fred Lorz, amerykański uczestnik maratonu, w niespotykany, ale i cwany sposób postanowił pomóc sobie w zwycięstwie. Po przebiegnięciu około 14 kilometrów, biegacza złapały skurcze. Fred był jednak dzieckiem szczęścia. Tuż obok niego przejeżdżał samochód. Zatrzymał go i po krótkiej rozmowie z kierowcą na miejscu pasażera. Przez następne 16 kilometrów jechał wyznaczoną trasą olimpijskiego biegu maratońskiego. Przy okazji wyprzedził prowadzącego wówczas Thomasa Hicksa, wysiadł i pozostały dystans dzielący go od mety przebiegł. Oczywiście minął ją pierwszy. Tyle, że czujne oko obserwatorów wychwyciło podstępny zabieg. Amerykanin próbował się tłumaczyć. Twierdził, że żartował, ale nikomu nie było do śmiechu. Zdyskwalifikowano go, a złoty medal  przyznano drugiemu na mecie – Hicksowi. Jakby tego było mało, nowy zwycięzca również nie walczył uczciwie. W trakcie biegu jego asystenci faszerowali go mieszaniną preparatu strychniny z białkiem kurzego jaja i brandy, a w końcowym etapie nieśli będącego w stanie agonii biegacza. Medalu jednak mu nie odebrano. Był to pierwszy udokumentowany przypadek dopingu na Igrzyskach Olimpijskich. Co stało się z jego bohaterem? Rok później zwyciężył w Boston Maraton.

 

Polska „Ręka Boga”

Sportowe przekręty nie ominęły Polski. Przynajmniej tej piłkarskiej. Nad Wisłą mamy swój odpowiednik „Ręki Boga”. Chociaż kaliber spotkania o którym mowa był co najwyżej średni, a przeciwnicy uchodzili za raczej za chłopców do bicia niż wirtuozów kopanej to niesmak pozostał. Początek lat 90 przyniósł polskim piłkarzom srebrny medal igrzysk olimpijskich w Barcelonie. Nie powinien więc dziwić fakt, że aspirowaliśmy do gry na mundialu w 1994 roku. Zadanie nie było jednak łatwe. Grupę eliminacyjną oprócz naszych piłkarzy tworzyli jeszcze Anglicy, Holendrzy, Norwegowie, Turcy i amatorzy z San Marino. Po wygranej z Turcją i remisie z Holandią kadrę Andrzeja Strejlaua czekało, wydawać by się mogło, łatwe spotkanie z najsłabszym w grupie San Marino. Był 23 kwiecień 1993 rok. 20 tysięcy ludzi obecnych na stadionie łódzkiego Widzewa od pierwszego gwizdka przecierało oczy ze zdumienia. Polacy zamiast kompletować kolejne trafienia, seryjnie marnowali nadarzające się okazje. Więcej! Gdyby nie dobra postawa bramkarza  Aleksandra Kłaka, biało-czerwoni mogli przegrywać! Gdy już wydawało się, że dojdzie do małej sensacji nadeszła 70 minuta meczu. Z bocznego sektora boiska dośrodkował Kosecki, do piłki wyskoczył Jan Furtok i umieścił piłkę w siatce. Tyle, że zrobił to ręką. Telewizyjne powtórki nie pozostawiły złudzeń. Bramka nie powinna zostać uznana. Futboliści z San Marino zostali mocno skrzywdzeni, tym bardziej, że do końca spotkania wynik nie uległ zmianie i ambitnym gościom należał się remis. Jak psu kość. Nazajutrz w prasie zawrzało. Sam Furtok, bądź co bądź piłkarz wybitny, przyznał po latach, że uderzał ręką ponieważ czuł rozżalenie.  Tamtego dnia Polakom nie wychodziło przecież nic, a punktów pragnęli jak tlenu. Tyle, że kłamstwo nie popłaca i na upragnione mistrzostwa świata Polacy nie pojechali. Z grupy „B” awansowali Norwegowie i Holendrzy.


Tomek Sowa – ciągle jeszcze młody, 27 – letni „wynalazca” strony, na której jesteś. Mąż Aliny i ojciec Antosia, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.
Podziel się: