Marian Bublewicz – najlepszy polski kierowca rajdowy w XX wieku. Jeździł tak, że inni oglądali jego plecy. Nie zdążył jednak swojego fachu przekazać młodszym pokoleniom. Zginął 23 lata temu.

20 lutego 1993 rok. Fani rajdów samochodowych z Lądka-Zdrój i okolic mieli nie lada okazję obejrzeć „w akcji” najlepszych polskich kierowców. Trwający  IX Zimowy Rajd Dolnośląski przyciągnął ich mnóstwo. Wśród faworytów imprezy jednym tchem wymieniano Pawła Przybylskiego, Marka Gieruszczaka i legendę polskich rajdów – Mariana Bublewicza. Ten ostatni tuż przed startem zmuszony został do małej wymiany. Jego wóz  – Ford Escord nie został przygotowany na czas i kierowcy podstawiono Forda Sierrę RS Cosworth. Niby nic wielkiego. Przecież Bublewicz był profesjonalistą, który pierwszorzędnie powinien prowadzić każdą tego typu maszynę. Z Sierrą było inaczej. Od pierwszych kilometrów w poczynaniach najlepszego ówczesnego rajdowca widać było jakąś niepewność. Być może winna była aura z jaką mierzyli się zawodnicy: śnieg i lód naprawdę dawały im się we znaki. A może czynniki techniczne? Ford Sierra przecież miał równy napęd na obie osie, a Bublewicz zwykł jeździć samochodami napędzanymi „na tył”.  Jedno jest pewne. To nie był jego rajd. W miejscowości Spalona popełnił błąd, który natychmiast wykorzystał depczący mu po piętach Przybylski. Co prawda w kolejnej próbie Bublewicz znów wysunął się na prowadzenie, ale jego przewaga wynosiła tylko sekundę. Przystępując do kolejnego odcinka specjalnego musiał więc zaryzykować.

Piąty odcinek specjalny rozpoczynał się w miejscowości Orłowiec. Marian Bublewicz ruszył. Po przejechaniu 2 kilometrów jego samochód wbił się w drzewo stojące po lewej stronie drogi. Widzący to pozostali zawodnicy powiadomili organizatorów, a ci służby medyczne. Na miejsce wypadku miał też dojechać samochód ratowniczy ze specjalnymi nożycami, tyle że na jego przyjazd potrzeba było sporo czasu. Kibice i strażacy ochotnicy rozpoczęli samotną walkę z pogniecioną karoserią Forda Sierry. Z pomocą siekier i kluczy, po około 40 minutach Bublewicza wyciągnięto z wraku. Był przytomny. Karetka przewiozła go do szpitala w Lądku Zdrój gdzie jego stan ciągle się pogarszał. Zmarł kilka godzin po zderzeniu z drzewem. Kibice i rywale byli w szoku. Odszedł człowiek, który zdominował polskie rajdy w latach 80-tych i 90-tych, wielokrotny Mistrz Polski i Wicemistrz Europy z 1992 roku. Stworzył pierwszy profesjonalny zespół rajdowy – Marlboro Rally Team Poland, a środki na jego utrzymanie czerpał m.in. z prowadzonego przez siebie serwisu samochodowego. Po jego śmierci rodzinny Olsztyn zalał się łzami. Rodzina, fani, rywale pochowali go tamtejszym Cmentarzu Komunalnym.

Świat motoryzacji nie zapomniał o nim. Pośmiertnie został wybrany najlepszym polskim kierowcą rajdowym XX wieku. Jego bliscy założyli również fundację, która propaguje bezpieczeństwo na drogach. Natomiast organizatorzy rajdów zmienili przepisy. Od tamtego pamiętnego wypadku na trasach rajdów obecne muszą być samochody ratunkowe…

 

Wypadek Mariana Bublewicza relacja telewizyjna:


Tomek Sowa – ciągle jeszcze młody, 27 – letni „wynalazca” strony, na której jesteś. Mąż Aliny i ojciec Antosia, których zawsze stawia sobie na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony na etacie w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

Podziel się: