W Polsce jest dyscypliną niszową. Chociaż z roku na rok wychodzi z czeluści. Na świecie przyciąga masy. Szczególną popularnością cieszy się na Wyspach, we Francji i Italii. Właśnie reprezentacje tych sześciu państw corocznie ścierają się ze sobą w „Pucharze Sześciu Narodów”. O jakiej dyscyplinie mowa? Oczywiście o rugby.

 

William Ellis

Pomnik legendarnego wynalazcy rugby – Williama Ellis’a

Opowieść o rywalizacji w „Six Nations Championship”  nie sposób zacząć, jeśli nie poznamy samej historii rugby. Historii, która zaczęła się dość przypadkowo i nieco komicznie. Tak, tak! Twardziele, którzy biegają z jajowata piłką po trawiastych boiskach, są dziećmi pewnego wygłupu. Rzecz miała miejsce w niewielkim miasteczku Rugby, w hrabstwie Warwickshire, w centralnej części Królestwa Wielkiej Brytanii. Jak głosi legenda ledwie 16 – letni uczeń tamtejszej szkoły, William Webb Ellis grając z przyjaciółmi w piłkę nożną, lub coś podobnego, złapał piłkę w ręce i rozpoczął swój bieg. Po przebiegnięciu prowizorycznej linii końcowej boiska położył kulisty przedmiot na ziemię i zaczął podskakiwać z radości. Wywołało to salwy śmiechu wśród zgromadzonych. Nie wszyscy podzielali ten entuzjazm. Zaintrygowani nauczyciele skrupulatnie opisali całe wydarzenie. Co więcej, w trakcie kolejnych zajęć pozwalali naśladować wyczyn Ellisa. Tak według opowieści narodziło się współczesne rugby. Latami ewoluowało i przybierało coraz ostrzejszy kontur.

 

Prawdziwymi nośnikami tego sportu stali się absolwenci School of Rugby. To oni tworzyli i przekazywali ustnie przepisy tej gry. To jeden z nich, Arthur Pell założył pierwszy klub, który zrzeszał zapaleńców tej dyscypliny. Miało to miejsce w Cambridge w 1839 roku. Cztery lata później niejaki L.J. Matona spisał zasady gry w rugby. Potrzebował do tego 37 artykułów, pióra i kawałka pergaminu. Drukowana wersja przepisów powstała dopiero po dwóch dziesięcioleciach.

 

Swoją historię ma również charakterystyczna, jajowata piłka. Jej twórcą był James Gillbert, z zawodu szewc. Do uszytego ze skóry „jajka” wkładał świński pęcherz. Całość napełniał powietrzem. Dziś, w dobie ultranowoczesnych materiałów do tworzenia sprzętu sportowego, takie rozwiązanie rodzi uśmiech na twarzach kibiców. XIX wiek miał jednak inny, bardziej naturalny klimat. Również sposób promocji nowego sportu był z goła odmienny od współczesnych realiów. Pierwsi, co warto zaznaczyć, angielscy rugbiści, bez Internetu, gazet i telewizji dotarli do ludzi na obu półkulach. Pracując w handlu, na łodziach i w portach „rozwozili” swoją grę po świecie. Dotarli do Stanów Zjednoczonych, Australii czy Kanady. Nie trudno domyślić się dlaczego akurat te państwa jako pierwsze dowiedziały się o nowej dyscyplinie. Wszak wszystkie były zależne od kolonialnej potęgi – Wielkiej Brytanii. Podobny sposób „dystrybucji” wykorzystywali piłkarze nożni. Kto komu podkradł sposób? Do dziś nie wiadomo. Z resztą, konflikt futbolistów z rugbistami trwał od narodzin obu dyscyplin. Chcąc punktować jedni woleli użyć nogi, drudzy rąk. Ba! Historia połączyła zwaśnione grupy w jednym związku sportowym! W październiku 1863 powstał Football Assiciation, w którego struktury wciągnięto przedstawicieli obu dyscyplin. Dla spychanych na dalszy plan fanów piłki-jajka sytuacja była nie do przyjęcia. Zbuntowani utworzyli własną federację: Rugby Football Union. Zrzeszeni organizowali mecze pomiędzy swoimi reprezentacjami. Chcąc czy nie w tym miejscu znów mamy analogię z piłką nożną. Pierwszy mecz międzypaństwowy w rugby, podobnie jak w futbolu odbył się pomiędzy… Anglią i Szkocją. Zawodnicy w dwóch dwudziestoosobowych zespołach zmierzyli się w Edynburgu.

 

Grali po dwudziestu? – ktoś może zapytać ze zdziwieniem. No tak. Do 1875 roku. Wtedy zmniejszono liczbę graczy, którzy jednocześnie mogą przebywać na placu gry do 15. Ale butnym Szkotom dalej było mało/dużo. Trudzący się na co dzień w branży mięsnej, rzeźnik Nead Haig wymyślił rugby siedmioosobowe. Przez lata ta popularna odmiana tkwiła w granicach Szkocji.  Dopiero w XX wieku podbiła serca zawodników i kibiców w innych krajach.

Puchar Sześciu Narodów

Francuzi, Irlandczycy, Szkoci, Walijczycy, Anglicy oraz Włosi rywalizują w „Pucharze Sześciu Narodów”

Przez te kilkadziesiąt lat, od chwili gdy Ellis złapał piłkę w ręce i pobiegł z nią w stronę bramki, rugby rozwinęło się gigantycznie. Przynajmniej w Wielkiej Brytanii i krajach, które stanowiły część jej imperium kolonialnego. W 1883 roku błyskotliwi działacze zrobili kolejny, epokowy krok w przód. Zorganizowali turniej, który po dziś dzień jest niejako wizytówką tego sportu. International Championschips Four – bo tak go nazwano – miał za zadanie wyłonić najlepszą, startującą w nim  reprezentację. Początkowo udział brały tylko kraje wyspiarskie, a więc Anglia, Szkocja, Walia i Irlandia. W 1910 roku do rozgrywek przystąpiła Francja, a w 2001 – Włochy. Dziś turniej znany jest jako Puchar Sześciu Narodów. To takie Mistrzostwa Europy w rugby. Lakonicznie i obrazowo mówiąc.

 

W ramach rozgrywek odbywają się też mecze o inne trofea. I tak: jeśli któraś z drużyn wyspiarskich (Anglia, Szkocja, Walia, Irlandia) ogra pozostałe drużyny z Zjednoczonego Królestwa otrzymuje Triple Crown. Docenia się również pokonanie wszystkich reprezentacji występujących w turnieju. Za taki komplet zwycięstw drużynę nagradza się tak zwanym „Wielkim Szlemem”. Również najsłabsza drużyna zostaje „doceniona”. Z rąk sław i działaczy tego sportu odbiera „Wooden Spoon” (drewnianą łyżkę). Najwięcej tego typu sztućców zgromadzili dotąd Szkoci (15). O sile i renomie tego wydarzenia niech świadczą obiekty, na których rozgrywane są niektóre mecze. Rzymskie Stadio Olimpico czy paryskie  Stade de France to przecież miejsca znane milionom. Na całym świecie. Trybuny tych stadionów, w każdym kraju, na każdej turniejowej grze wypełniane są do ostatniego krzesełka. Patrząc na ten sport z perspektywy Polaka, trudno nie odnieść wrażenia, że w naszym kraju, w kwestii rugby, ktoś coś spieprzył. Bo przecież ten sport pociąga za sobą całe narody! Tyle, że nie u nas…

 

I na sam koniec. Najlepsze akcje „Pucharu Sześciu Narodów 2014”:

 

.

Tomek Sowa – ciągle jeszcze młody 28 – letni „wynalazca” strony, na której jesteś. Mąż Aliny i ojciec Antosia, których zawsze stawia na pierwszym miejscu. Fan sportu, historii, książek i filmu. Zatrudniony na etacie w jednym z bielskich przedsiębiorstw stara się połączyć pracę i pasje.

 

Podziel się: